Europejska polityka różności

Andrzej Mleczko

Andrzej Mleczko

Z jakim przystajesz, takim się stajesz. No chyba nie do końca. W szczególności jeżeli chodzi o politykę zagraniczną. Niemiecki minister spraw zagranicznych Frank-Walter Steinmeier wykluczył działania Berlina w pojedynkę w dziedzinie polityki międzynarodowej. Jak stwierdził: „Aktywna niemiecka polityka zagraniczna funkcjonuje tylko w Europie i poprzez Europę„.

HAHAHA.

Gdy spróbujemy porównać działania naszych przedstawicieli z niemieckimi, zahaczy to o nie lada groteskę. Mocarstwo Niemieckie stara się umniejszać swoją rolę na arenie międzynarodowej, twierdząc, że wielkich i spektakularnych rzeczy może dokonać jedynie w połączeniu ze wszystkimi unijnymi państwami. Zabawne z tego punktu widzenia wydają się być polskie zapędy do wielkości naszego państwa za granicą. Oczywiście można się cofnąć kilkadziesiąt lat wstecz. Można zrozumieć takie zachowanie polityków niemieckich. Można zrozumieć zachowanie polityków polskich.

Żeby było jeszcze ciekawiej, ogólne poparcie dla UE w Polsce jest nadal wysokie, jednak frekwencja podczas niedawnych wyborów do Parlamentu Europejskiego była jedną z najniższych w Europie. Niski poziom udziału w głosowaniu odnotowały wszystkie tak zwane nowe państwa członkowskie. Daje to jednak pewne pojęcie o zaangażowaniu także społeczeństwa polskiego w politykę europejską.

To wszystko nie zmienia faktu rozgrywanej tragikomedii. Trudno też oczekiwać, że postawa polskich polityków zmieni się (z pewnością nie na taką – dzięki Bogu – jaką prezentują Niemcy). Ale uświadamianie sobie po raz kolejny jak jest naprawdę…

Otagowane , , , ,

Wybory wyborom nierówne?

Gdy Rousseau omawiał teorię woli powszechnej oraz kwestię rządzenia zgodnie z wolą powszechną mówił o tym, że wymaga ona aktywnego i stałego uczestnictwa ludu w procesie legislacyjnym tworzącym sprawiedliwe prawo i sprawiedliwy porządek społeczny. Przed zbliżającymi się majowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego po raz kolejny na wokandę wychodzi problem frekwencji wyborczej w państwie demokratycznym.

Czy trzecie wybory do europarlamentu zapiszą się w naszej pamięci jak te, do których poszło znacznie więcej wyborców? Obawiam się, że same partie nawet tego nie chcą… Oglądając coraz to nowsze spoty wyborcze zastanawiam się, czy nasze ugrupowania chcą może zniechęcić wyborców do głosowania. Ale najpierw – jak przedstawiała się frekwencja w poprzednich wyborach? W czerwcu 2004 roku, udział wzięło 20,87% (sic!) uprawnionych do głosowania. Co ciekawe, zainteresowanie wyborami do Parlamentu Europejskiego przed przystąpieniem Polski do Unii (w listopadzie 2003 roku) deklarowało aż 47% respondentów! Po tym jak zliczono głosy, niską frekwencję tłumaczono między innymi nieprzygotowaniem obywateli do nowego rodzaju głosowania, słabą kampanią informacyjną oraz nieciekawą ofertą wyborczą. Jak widać, przez kilka lat wiele się nie zmieniło, bo w czerwcu 2009 roku udział wzięło 24,53% uprawnionych do głosowania.

Deklarowane zainteresowanie

Można zauważyć, że znaczenie eurowyborów dla Polaków wzrosło tuż przed samym głosowaniem (w maju 2009 roku) do 38% – to i tak prawie 10 punktów procentowych mniej niż 4 lata wcześniej! A jak jest ze zbliżającymi się wyborami? W styczniu tego roku zainteresowanie wyborami deklarowało 32%. Należy przypuszczać, że im bliżej wyborów, tym wyższe będzie zainteresowanie – głównie dzięki mediom oraz całej kampanii wyborczej. Jednakże deklarowana frekwencja jest zazwyczaj wyższa niż podczas faktycznych wyborów. Pytanie jednak brzmi – nawet jeżeli wyborcy zainteresują się, to czy oznacza to, że pójdą do głosowania? Niekoniecznie. Zniechęcenie jak wiemy jest dosyć częstym powodem opuszczenia głosowania.

Znaczenie wyborów

A co ze znaczeniem wyborów? Przez długi okres największą popularnością cieszyły się wybory prezydenckie, po nich parlamentarne, samorządowe, a na końcu – gdy już się pojawiły – wybory do europarlamentu. Niezmiennie w styczniu tego roku najmniejsze znaczenie dla Polaków mają eurowybory – 4,75 punktów na skali dziesięciopunktowej. Przed nimi plasują się wybory parlamentarne (5,49), później prezydenckie (5,88), a o dziwo największe znaczenie mają obecnie wybory samorządowe (6,07). Osobiście tym ostatnim faktem jestem zachwycona. Nie chcę tutaj oczywiście siać jakiegoś hurra-optymizmu, ale może jest to jakaś mała wskazówka pokazująca wzrost znaczenia lokalnych więzi. Wracając do eurowyborów – ich znaczenie systematycznie spadało od października 2003 roku, z małą przerwą w lipcu 2009 (tuż po drugich wyborach). To pokazuje jak trudne będzie zainteresowanie wyborców oraz uzyskanie wyższej frekwencji. Znaczący jest tutaj także odsetek respondentów, którzy już teraz twierdzą że nie wezmą raczej udziału w głosowaniu. W styczniu aż 36% pytanych wybrało taką odpowiedź – jest to najwyższy odsetek spośród badań robionych od października 2003 roku.

Czy zamierza wziąć udział?

Znaczący w tym wszystkim jest oczywiście spadek wartości wszystkich wyborów do instytucji przedstawicielskich. Nie można tutaj jednak zapominać o tym, że na znaczeniu najmniej straciły wybory samorządowe, które niegdyś nie miały dużej rangi znaczeniowej dla Polaków. Co do eurowyborów, czasem mam wrażenie że partie prowadzą anty-kampanię wyborczą mającą na celu zniechęcić do głosowania. Sportowcy stają się już chyba nieodzowną częścią list wyborczych –
dr Jarosław Flis
użył kiedyś jak najbardziej odpowiedniego słowa – pełnią oni funkcję naganiaczy. Pytanie co oni z tego mają, skoro i tak nie dostaną się do europarlamentu?

Pamiętajcie – Piramidka jest Najważniejsza.

____________

Tabele pochodzą z badania CBOSu – Zainteresowanie wyborami do europarlamentu, nr24/2014, Fundacja Centrum Badania Opinii Społecznej, http://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2014/K_024_14.PDF.

Otagowane , , , , , , ,

Banda knurów, a wartości europejskie

 

Zobaczyłam i zaniemówiłam.

Palikot postawił na kontrowersyjny spot, który ma zszokować odbiorców. Treść jest bardzo mocna, dodatkowo pozostawiając prawo do pewnej interpretacji przedstawionej nam sytuacji. Interpretacja jest możliwa, ale – co ważne – znacząco nakierowano odbiorcę w jaką część ma uderzać nasza wyobraźnia szukając wytłumaczenia przedstawionych sytuacji. Celem jest oczywiście dyskredytacja przeciwnika, nadawcy – czyli PISu. Czym straszy Palikot? Brakiem bezpieczeństwa we własnym domu, naruszaniem naszej prywatności i brakiem poszanowania godności człowieka. A oczywiście jeżeli uderza się w poczucie bezpieczeństwa to wiadomo, że straszy się brakiem jednej z najważniejszych potrzeb i wartości. A kto nam zagraża? Banda knurów i pijaków, którzy meldują wykonania zadania swojemu prezesowi. Zastanawia mnie tak naprawdę jedno – czy możliwe jest zakorzenienie w umyśle wyborcy przedstawionego, jakże kontrowersyjnego obrazu PISu. Całym kontekstem są wcześniejsze poczynania partii, jej potknięcia i upadki. Przykładowo wybryki  posłów na podkarpaciu, w tym niezapomniana historia długości penisa pana Hofmana. Tylko czy jest możliwe, że PIS będzie postrzegany poprzez pryzmat wyuzdania i upadku wartości? Czy posłowie będą nam przypominać obleśnych gachów siedzących w nocnym klubie przy tańczącej na rurze kobiecie? Im bardziej próbuję to sobie wyobrazić, tym mocniej odrzucam taki obraz rzeczywistości. Nie można jednak nie zauważyć dobrego przygotowania całego spotu. Ma na celu utrzymanie już zagarniętego i przekonanego do lewicy elektoratu.  Mistrzowski jest wręcz uśmiech Palikota, gdy zaczyna mówić o powołaniu koalicji Europa Plus Twój Ruch. Nie zmienia to jednak faktu, że według mnie spot nie osiągnie zamierzonego efektu. No chyba że chcieli po prostu rozgłosu. I wątpliwej promocji „europejskich wartości”.

Otagowane , , , , , , , , ,

Patriotyzm jest passé

„Żyje Pani historią! I na co to komu? To jest do niczego niepotrzebne”.

Kiedyś usłyszałam takie słowa, co wprowadziło mnie w pewnego rodzaju stan zamurowania. Jak można się spodziewać, było to w okresie 11. listopada, kiedy świętowaliśmy rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Na co komu historia? Dlaczego wciąż ją kultywujemy i próbujemy pozostawić w naszej pamięci? Kim tak naprawdę bylibyśmy bez niej?
Zacznijmy może od pojęcia kultury – według mnie wiąże się ono nierozerwalnie z całą historią naszego społeczeństwa. Kultura to w pewnym sensie pielęgnowanie wszelakich wytworów ludzkich (w zależności o kulturze jakiej grupy mówimy). Czy można kultywować kulturę bez uszanowania historii ludzkości/jakiejś wspólnoty/kraju? Czy można zrozumieć wszelkie zachowania/powstałą sztukę/wiarę/prawa/obyczaje czy myśli danej zbiorowości bez poznania jej historii? Według mnie oczywiście nie.

Czym więc bylibyśmy bez kultury i historii? Według Stanisława Ossowskiego:

„Kultura jest pewnym zespołem dyspozycji psychicznych przekazywanych w łonie danej zbiorowości przez kontakt społeczny i uzależniony od całego systemu stosunków międzyludzkich”.

Wyobraźmy sobie, że odcinamy się kompletnie od wszelkich wzorców, które były nam przekazywane przez wieki i kształtowały się przez tak wiele lat. Wyobraźmy sobie, że Polacy przestają interesować się własną historią zapominając o tych wszystkich ludziach, którzy poświęcili swoje życie dla naszego kraju. Jedni mogą powiedzieć, że dzięki temu moglibyśmy porzucić nasze niektóre uprzedzenia i zaszłości, które powodują, że czasami nie możemy z kimś współpracować (chociażby Niemcy, do których niektórzy do dzisiejszego dnia trzymają pewny dystans). Jeżeli jednak każde społeczeństwo postanowiłoby zapomnieć chociażby o tym, co przytrafiło się ich przodkom, o ideach, które doprowadziły do konfliktu światowego i do upadku tak wielu państw – czy tak naprawdę odniosłoby to pozytywne skutki? Nie ma szans! Z resztą, nikt nie namawia do utrzymywania uprzedzeń do ludzi, broń nas Boże od tego. Historia jednak kształtuje każde społeczeństwo i każde państwo z osobna. Zapomnieć o tym, to tak jakby zapomnieć o naszej rodzinie, to tak jakby wyrzec się wszelkich wzorców kulturowych, które powodują, że jesteśmy cywilizowanym światem. To, że niektóre z tych wzorców są nieidealne jest także prawdą. Jednakże należy na to patrzeć nie z perspektywy zmiany wszystkiego lub co gorsza porzucenia całego dorobku ludzkiego, lecz z perspektywy mikro, każdego problemu z osobna.

I w końcu: czym jest patriotyzm? Pierwsza myśl to zapewne ta wyniesiona z lekcji historii – gotowość poniesienia ofiary i oddania życia za własną ojczyznę. Jednak, stety lub niestety, żyjemy w czasach pokoju, nie musimy decydować się na oddawanie własnego istnienia dla dobra naszego kraju. Czym więc w takim razie jest ten patriotyzm? Według mnie jest to pielęgnowanie historii, tradycji, kultury czy nawet języka własnego kraju. Jest to gotowość do pracy w ramach rozwoju kraju ojczystego, to znaczy chociażby budowanie wspólnoty oraz solidarności całego społeczeństwa (lub/i wspólnoty lokalnej).

Ideałem społeczeństwa, które ma pewnego rodzaju pęd do stowarzyszania się i tworzenia takiej więzi jest społeczeństwo amerykańskie. Uzyskanie takiego poziomu w naszym kraju jest w tym momencie tak odległe, że aż niemożliwe, jednak w tym wypadku można spojrzeć na kraj europejski – Anglię – który nie umiłował sobie idei stowarzyszania, jednak dostrzegł w niej korzyści oraz skuteczny środek osiągania celów.

Ostatnio w Polsce można było usłyszeć o podziale patriotyzmu. Jak się okazuje nie ma jedności nawet tutaj.

patriotyzm jest passe

Czym więc jest prawicowy patriotyzm? Jego zwolennicy jak widzimy są faszystami, koniecznie fanatykami Jarosława Kaczyńskiego oraz Radia Maryja, niewdzięcznymi katolami, Żydami, komunistami i rzecz jasna wyznawcami teorii zamachu w Smoleńsku. Jakkolwiek próbuję to ze sobą połączyć, za każdym razem pojawia się na mojej twarzy złowieszczy uśmiech – no to byłby ciekawy miks.

Próbuję także pojąć dlaczego według „nowoczesnych patriotów” prawicowiec nie kasuje biletów, nie głosuje, czy nie wspiera polskiej kultury. Z resztą już od samego początku mamy do czynienia z wielką zmyłą społeczeństwa co do odbioru sztucznie stworzonego podziału – bo z założenia, że coś jest prawicowe to nie można tego teoretycznie połączyć z pojęciem nowoczesności z uwagi na konserwatywne poglądy tej części społeczeństwa. Używanie tak mylnych pojęć powoduje pomieszanie wartości, gdzie w końcu uzyskujemy wielki misz-masz niczego. Po za tym jeżeli „wspieranie Polskiej kultury” nie jest połączone z konserwatywnymi przymiotami, to następuje koniec klasycznego podziału wartości.

Ja jednak widzę w naszym państwie innego rodzaju podział wśród młodych: na tych, którzy uważają się za patriotów oraz na tych, którzy w ogóle nie przejmują się swoim krajem. Z powodu braku poczucia więzi w naszym społeczeństwie, ludzie gotowi są wyjechać z Polski bez mrugnięcia okiem (nawet jeżeli oferta wcale nie jest lepsza, ani nie pozwala rozwijać się naukowo czy branżowo). Fakt, jeżeli rzeczywiście nie można znaleźć pracy w kraju oczywiście warto wybrać się za granicę – doświadczenie jakie zdobędziemy z pewnością jest wielkim plusem dla naszej kariery. Jednakże wielu z tych, którzy wyjadą nie będą chcieli w ogóle powracać nawet jeżeli nie mieliby już problemu ze zdobyciem zatrudnienia we własnym kraju.

Wspieranie i promowanie oddolnych inicjatyw dotyczących budowania więzi społecznych w naszym państwie mogłoby rozpocząć ewolucje naszej polskiej mentalności. Poczucie wspólnoty spaja ludzi i powoduje przywiązanie, w tym wypadku do grup lokalnych, a dalej do własnego kraju. Jeżeli jednak poddamy się na starcie twierdząc, że lepiej wyjechać i nie mieć z tym nic wspólnego, to nigdy nie osiągniemy tego co oczekujemy. Dopóki sami nie rozpoczniemy zmian, nie możemy oczekiwać, że nagle, za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko się zmieni i wróci na właściwy tor. Trzeba chcieć, trzeba działać i trzeba wierzyć.

_______________________________________________

Tekst opublikowany na stronie portalu www.poglad.com.pl

Otagowane , , , , , , , ,

Polaku, dlaczego nie głosujesz?

Demokratyczne państwo, demokratyczna Polska – o to walczyliśmy, do tego dążyliśmy. Mamy to co chcieliśmy (teoretycznie). Teraz można by rzec „masz babo placek”. Ile tak naprawdę jest demokracji w tej naszej polskiej, przaśnej demokracji?

Politologiczne guru wymienia pięć kryteriów zaistnienia demokracji w państwie (instytucji czy wspólnocie). Dahl podaje (1)rzeczywiste uczestnictwo, (2)równe prawo głosu, (3)oświecone rozumienie, (4)nadzór nad podejmowanymi zadaniami oraz (5)inkluzję dorosłych. Skupiając się na pierwszym punkcie warto zwrócić uwagę na postawę tak zwanych ‘non-voters’. Według mnie należy ich określić jako osoby, które nie poszły zagłosować, a nie jako te, które zdecydowały się nie głosować. W tym drugim przypadku wypadałoby przyjąć, że te osoby świadomie postanowiły nie oddawać głosu w nadchodzących wyborach, a to byłoby daleko idące optymistyczne założenie.

Co kieruje Polakami, którzy nie zdecydowali się pójść do urn wyborczych, by zostawić w nich swój starannie doprecyzowany oraz przemyślany głos? Na zlecenie Fundacji Batorego, CBOS w październiku 2012 roku przeprowadził badanie zatytułowane „Obywatele i wyborcy”. Po pierwsze muszę przytoczyć dane dotyczące osób, które nigdy nie brały udziału w wyborach – aż 15,8% ankietowanych przyznało się do tego! Może nie powinno mnie już nic zaskoczyć, ale jak zwykle zawsze znajdzie się taka rzecz – i proszę – szybciej niż oczekiwałam. A dlaczego Polacy nie głosują? Najczęściej wybieraną opcją jest funkcja niewystarczającej podaży politycznej, czyli to, że nie mamy na kogo zagłosować. Ankietowani zgadzali się z twierdzeniami, że (1)w Polsce podczas wyborów partie przedstawiają programy, które nie odpowiadają potrzebom ludzi, (2)partie przedstawiają kandydatów, którzy nie nadają się na posłów czy radnych, (3)nie ma szans wybrać takiej osoby, która dobrze reprezentuje miejsce zamieszkania wyborcy (dzielnicę, wieś, gminę), (4)nikt nie dba o to, by dostarczyć zwykłym ludziom wszystkie informacje niezbędne do dokonania mądrego wyboru oraz (5)partie polityczne promują swoich ludzi – miernych, ale wiernych. Przywołując jednak Mikołaja Cześnika należy pamiętać o tym, że najłatwiej wyjaśnić swoją absencję wyborczą czynnikami zewnętrznymi – czyż nie prościej zrzucić odpowiedzialność na kogoś innego? Oczywiście nie należy ignorować przedstawionych przez CBOS wyników, które potwierdziły publiczny dyskurs mówiący o niedoskonałej reprezentacji politycznej w naszym kraju. Nawet na facebooku można znaleźć profil o znaczącym tytule „W tym kraju nie ma na kogo głosować”. Jedną z funkcji wyborów jest ligitymizacja całego systemu, a bez tego nasza demokracja może czuć się zagrożona. Idąc za Cześnikiem:

„trzeba szukać takich rozwiązań (przede wszystkim instytucjonalnych), które zbliżą partie polityczne (czy inne współzawodniczące o głosy wyborców byty) do obywateli; które spowodują, że relacja między wybierającymi a wybieranymi będzie ściślejsza, mocniejsza, trwalsza”.

Dobra, dobra, tylko jak?

Na koniec, ciekawostka: okazało się, że najbardziej centrową partią na polskiej scenie politycznej jest PSL. Cóż, co prawda to prawda, w końcu potrafią dogadać się z każdym.

_____________________________________________________
Tekst opublikowany na stronie portalu www.poglad.com.pl

Bibliografia:

M. Żerkowska-Balas, A. Kozaczuk, Obywatele i wybory, Fundacja Batorego, Warszawa 2013.
M. Cześnik, Uczestnictwo wyborcze a podaż w polskim systemie politycznym – komentarz do badań, Fundacja Batorego, Warszawa 2013.
M. Cześnik, Partcypacja Wyborcza w Polsce. Perspektywa Porównawcza, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2007.

Otagowane , , , , ,
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.